środa, 5 czerwca 2013

Wytyczne dla dziennikarzy przed Olimpiadą w Moskwie

Zanim rozpoczęła się Olimpiada w Moskwie, istotne znaczenie miała postawa dziennikarzy prasy, radia i TV. To oni bowiem mieli kształtować pozytywny wizerunek igrzysk, nadszarpnięty po agresji ZSRS na Afganistan. Wytyczne przekazywali im najwyżsi przedstawiciele władz PRL.

„Jak wiecie towarzysze w sierpniu [1979 r.] miałem dłuższą rozmowę z tow[arzyszem] Breżniewem. Tradycyjnie już, jak co roku na Krymie […]; nie muszę chyba w tym gronie podkreślać, jak bardzo ważne pod tym względem, pod każdym względem dla Polski znaczenie mają jej stosunki ze Związkiem Radzieckim; te stosunki mają swój historyczny wymiar, na którym opierają się gwarancje naszego narodowego bezpieczeństwa”. Są to słowa Edwarda Gierka wygłoszone podczas spotkania z dziennikarzami 3 października 1979 r. Wśród zaproszonych gości znaleźli się także dziennikarze sportowi, którzy wyjeżdżali na przyszłoroczną Olimpiadę. Apel ten miał na celu przypomnieć im, jak ważną kwestią, którą należy podkreślać w swoich relacjach, jest informowanie społeczeństwa o dobrych relacjach polsko-sowieckich. To przecież media miały wpływać na kształtowanie świadomości społecznej, w tym wiedzy o współczesnej rzeczywistości, a ta niewątpliwie koncentrowała się na ścisłym sojuszy Polski z ZSRS. Akcentowano to również w trakcie VIII Zjazdu PZPR odbywającego się w dniach 11–15 lutego 1980 r.: „Polska racja stanu to ścisły sojusz ze Związkiem Radzieckim”.
Zwracając jednocześnie uwagę na olbrzymią rolę środków masowego przekazu: „z samej swej istoty kształtują osobowość człowieka”.
W trakcie Zjazdu przekazano również dziennikarzom wiele wskazówek, uczulając ich na eksponowanie rocznic przypadających na rok olimpijski, przede wszystkim 35-lecie zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami. W aspekcie sportowym natomiast: „działalność informacyjno-propagandowa ma również zadanie ukazania dorobku polskiego sportu oraz dorobku sportowego Kraju Rad i umocnienie tradycyjnej przyjaźni sportowców obu krajów”.
Podczas kolejnego spotkania, 16 lutego 1980 r. z przedstawicielami środowisk dziennikarskich Edward Gierek wyraził przekonanie, że „polskie dziennikarstwo będzie, tak jak dotąd, również w przyszłości sojusznikiem partii”.
To właśnie za czasów Edwarda Gierka środki masowego przekazu (w szczególności TV) były wykorzystywane na ogromną skalę w procesie kształtowania dobrego wizerunku władzy, w przeciwieństwie do Władysława Gomułki, który nie doceniał roli mediów.
Zabiegi władzy okazały się skuteczne, świadczyć o tym może ograniczenie transmisji zimowych Igrzysk Olimpijskich rozgrywanych 13–24 lutego 1980 r. w Lake Placid w USA. Doszło tam do pamiętnego finału w hokeju na lodzie, w którym spotkali się gospodarze z ZSRS. Faworytem była drużyna gości, która przed igrzyskami pokonała Amerykanów 10:3. Tym razem po dramatycznym spotkaniu zwyciężyli hokeiści USA 4:3. Zwycięzcy zostali przyjęci z honorami w Białym Domu, a prezydent Jimmy Carter powiedział wówczas: „Nasi olimpijscy atleci są bohaterami”.
W specjalnym oświadczeniu 15 lutego 1980 r. na łamach „Przeglądu Sportowego” Tomasz Hopfer z Redakcji Sportowej TVP tłumaczył, że „jedyną przyczyną odwołania [obszernych] transmisji stała się wielokrotnie wyższa niż stosowana dotychczas opłata, jaką zażądali organizatorzy”.
Przyczyna rzecz jasna była zupełnie inna. Podkreślał on jednocześnie, że TVP ponosząc takie koszty, musiałaby zrezygnować w bieżącym roku z licznych transmisji sportowych, m.in. z Mistrzostw Europy w piłce nożnej rozgrywanych we Włoszech. W komunikacie tym zapewnił telewidzów, że w trakcie IO w Moskwie, ze względu na bardzo dobre stosunki z organizatorem, taka sytuacja nie będzie miała miejsca: „Warto przy okazji wiedzieć, że Telewizja Polska dzięki przynależności do »Interwizji« i obowiązującym w niej zasadom współpracy międzynarodowej nie wniesie żadnych opłat […] za prawo transmisji igrzysk w Moskwie, chociaż w tym wypadku koszty organizacyjne i przeprowadzenie olimpiady będą z pewnością wyższe”.
Decyzja ta była zgodna z polityką propagandową PRL i wpisywała się idealnie w obraz ówczesnej rzeczywistości. Nie ulega również wątpliwości, że decyzje te zapadały na najwyższych szczeblach PZPR, która prowadziła politykę propagandowo-informacyjną zgodnie z wytycznymi Kremla.
Potwierdza to wizyta Andrzeja Werblana w ZSRS 26 lutego 1980 r., który podkreślał podczas przemówienia, że „partia nasza w ostatnich miesiącach rozszerza w pracy frontu ideologicznego oświetlenie sytuacji międzynarodowej […]. Ostatnio publikujemy w naszej prasie sporo materiałów naszych dziennikarzy, konkretnie pokazujących fakty mieszania się USA i Pakistanu do spraw wewnętrznych Afganistanu. Systematycznie wyjaśniamy naszemu społeczeństwu prawdziwe źródła i charakter antyradzieckich kampanii prowadzonych obecnie na Zachodzie […]. W tym kierunku będziemy działać nadal zarówno w naszej propagandzie wewnętrznej, jak i zagranicznej, w kontaktach politycznych z naszymi partnerami na Zachodzie i w Trzecim Świecie”.
Podczas tego spotkania głos zabrał także przedstawiciel ZSRS Borys Ponomariow, wskazując kierunek działania państwom bloku wschodniego w polityce propagandowo-informacyjnej: „w swej pracy organizacyjnej i propagandowej będziemy wychodzić z założenia, że Olimpiada 1980 odbędzie się w ustalonych terminach, niezależnie od tego, czy przyjadą do Moskwy Amerykanie […]; musimy tutaj wszyscy działać twardo i w sposób uzgodniony”.
W sprawie Afganistanu także wskazywał na potrzebę wspólnej moskiewskiej linii: „nie ma żadnej »okupacji« Afganistanu przez wojska radzieckie. Jest to wierutne kłamstwo. Władze afgańskie od góry do dołu działają suwerennie i niezależnie. Same one określają swą politykę”. Kontynuując swoje przemówienie, podkreślał, że: „należy wyjaśnić światowej społeczności, kto jest rzeczywistym winowajcą obecnego zaostrzenia sytuacji międzynarodowej, [trzeba] wykazać, iż to właśnie agresywna polityka imperializmu amerykańskiego jest podstawą i jedyną przyczyną wzmagania się wyścigu zbrojeń, zagrażającego pokojowi i niosącego niezliczone ciężary milionom ludzi pracy”.
Prasa krajowa informowała społeczeństwo o dużym zainteresowaniu przygotowaniami do IO władz państwowych PRL. W „Przeglądzie Sportowym” został zamieszczony na pierwszej stronie artykuł pt. Narada w KC PZPR. Olimpijskie przygotowania na finiszu. Autor przybliżył w nim dyskusję, w której udział wzięli m.in. przedstawiciele władz sportowych, sekretarze komitetów wojewódzkich PZPR, prezesi związków i klubów sportowych oraz trenerzy i sportowcy, a rozmawiano na temat ostatnich przygotowań do IO. W dyskusji głos zabrał m.in. Zdzisław Żandarowski, który stwierdził, że: „narada powinna przyczynić się do ustalenia koniecznych jeszcze przedsięwzięć na okres przed igrzyskami, które cechować musi szczególna mobilizacja w procesie przygotowań zawodników zarówno od strony sportowej, psychicznej, jak i w dziedzinie ideowo-wychowawczej; [podkreślił, że] sportowcy polscy oraz cały postępowy świat odrzucają i potępiają próby bojkotu igrzysk”. Pod koniec dyskusji Zdzisław Żandarowski stwierdził, że „głos polskich sportowców w obronie igrzysk ma szczególną wymowę, gdyż wyraża opinię narodu, dotkliwie doświadczonego kataklizmem wojny”.
Nakreślone przez władze kierunki działania były realizowane przez krajową prasę, która agitując na rzecz olimpiady, tworzyła rzeczywistość sprzyjającą moskiewskim igrzyskom. W tym nurcie podążali zarówno dziennikarze, jak i sportowcy oraz działacze sportowi.

wtorek, 4 czerwca 2013

Polski piłkarz uciekł do Niemiec

Okazuje się, że nie tylko w PRL sportowcy uciekali na Zachód; wydarzenia takie miały miejsce również w okresie II Rzeczypospolitej. Jednym z takich przykładów może być głośna wówczas ucieczka do Niemiec reprezentanta Polski i zawodnika Ruchu Wielkie Hajduki, Ewalda Urbana w 1936 r.

W latach 1932–1934 sześciokrotnie reprezentował polską drużynę narodową, zdobywając w niej dwie bramki: w pierwszym i ostatnim swym występie z orzełkiem na piersi (oba mecze przeciwko Rumunii). Większe sukcesy odnosił na krajowym podwórku, reprezentując barwy Ruchu Wielkie Hajduki. Zaliczał się on wtedy do grona piłkarzy, którzy w latach trzydziestych decydowali o obliczu „Niebieskich”, którzy poprzez swą dominację w rozgrywkach piłkarskich w Polsce, stworzyli legendę drużyny ze Śląska. Prym wiedli w niej oprócz Urbana piłkarze tacy jak: Ernest Wilimowski, Teodor Peterka, Edmund Giemsa i Gerard Wodarz.
Późnym wieczorem 22 listopada 1936 r. na Śląsku pojawiła się plotka o ucieczce dwóch piłkarzy Ruchu. Była to sobota, trudno więc było dziennikarzom zweryfikować tę wiadomość. Ustalono, że chodzi o Ewalda Urbana, któremu towarzyszył inny piłkarz, obrońca „Niebieskich” Herbert Wadas. Mieli oni udać się do Niemiec. Świadkowie donosili, że piłkarze po przekroczeniu granicy opowiadali, że opuszczają Polskę, gdyż mają zapewnioną grę w jednym z klubów piłkarskich w Berlinie. Urban dodawał, że w trakcie przekraczania granicy polscy strażnicy graniczni otworzyli do niego ogień, lecz udało mu się uniknąć kierowanych w niego kul.
Ucieczka ta była niewątpliwie dużym zaskoczeniem dla wszystkich kibiców w kraju, a w prasie pojawiło się wiele krytycznych opinii na temat piłkarzy. Sugerowano, że Urban odbywając służbę wojskową w 75. Pułku Piechoty w Chorzowie, często przebywał w „pace” za złe zachowanie. Pojawiła się także krytyka pod adresem klubu piłkarzy: „nie mniej jednak niesłychany ten nowy skandal w najwyższym stopniu kompromituje dorobek sportu polskiego na Śląsku i stawia w brzydkim świetle wychowawców obu tych graczy”.
Po kilku dniach milczenia, przebywający w Niemczech piłkarze zwrócili się do władz klubu z prośbą o wyrażenie zgody na grę za granicą. Wysłany list nie posiadał adresu zwrotnego, gdyż zawodnicy nie chcieli ujawniać swojego miejsca pobytu. Dodatkową motywacją był fakt, że Urban odbywał w tym czasie obowiązkową służbę w wojsku, zaś ucieczka jego potraktowana została jako dezercja. Dlatego też władze w Warszawie wysłały za nim list gończy.
Nie dziwi więc fakt, że piłkarze czekali na przesyłkę wysłaną na „poste restante” z odpowiedzią klubu, którą mogliby bezpiecznie odebrać w Gliwicach. W międzyczasie w gazetach pojawił się komentarz kierownika Ruchu Wielkie Hajduki, który miał odnieść się do zaistniałej sytuacji, mówiąc, że: „Urban i Wadas prowadzili się niemoralnie i dlatego usunięci zostali z pierwszej drużyny”.
Dziennikarzy zastanawiała jedna kwestia, dlaczego tak poważne zarzuty kierowane ze strony władz klubu wobec piłkarzy pojawiły się dopiero po ich ucieczce, dlaczego nie ujawniono tego, gdy obaj reprezentowali jeszcze „Niebieskich”. Na łamach prasy sugerowano, że oskarżenia te są stawiane zbyt późno i są nie na miejscu, gdyż nie powinno się w tak negatywnym świetle stawiać piłkarzy, którzy nie mogą się bronić, gdyż są poza granicami Polski. „Śmiało też można powiedzieć, że o niemoralnym ich prowadzeniu nie dowiedzielibyśmy się nigdy, gdyby nie pomysł wycieczki za granicę.”
Wydaje się, że Urban mógł rzeczywiście otrzymać propozycję gry w niemieckim klubie, co skłoniło go do podjęcia decyzji o ucieczce, ponieważ był dobrym piłkarzem. Miał występować w klubie z Berlina, lecz ostatecznie trafił do czołowego zespołu w latach 30. w Niemczech Vorwärts-Rasensport Gleiwitz (obecnie Gliwice); następnie piłkarską karierę kontynuował w drużynie Herthy Berlin. Mogło to wskazywać, że władze Ruchu Wielkie Hajduki pozytywnie odniosły się do prośby piłkarza, umożliwiając mu grę w niemieckim zespole. Trzeba pamiętać, że obie federacje piłkarskie współpracowały ze sobą, zachowując dobre relacje.
Ewald Urban zmarł w 1959 r. w Niemczech w wieku 46 lat.

piątek, 31 maja 2013

Sport w pierwszych latach powojennych w Polsce

Zanim komuniści w Polsce zawłaszczyli zarządzanie sportem, wielkie zasługi w odbudowie zniszczonych struktur wychowania fizycznego, mieli doświadczeni działacze sportowi, dziennikarze, sportowcy z okresu międzywojennego. Część z nich była stopniowo odsuwana z pełnionych, często społecznie funkcji, lecz z całą pewnością należy o tym pamiętać.

Zwycięstwo aliantów nad niemieckim okupantem w Europie zakończyło sześcioletni okres krwawych działań wojennych. Tymczasem państwa, które zostały „wyzwolone” wówczas przez Armię Czerwoną znalazły się w bardzo trudnym położeniu. W ten sposób Polska znalazła się w orbicie wpływów Moskwy – jak się później okazało – na ponad czterdzieści lat. W pierwszych latach po wojnie komuniści przy pomocy sowieckiego mocarstwa „metodą salami” umacniali władzę nad Wisłą, także w stosunku do sportu, który stopniowo ulegał zawłaszczeniu przez komunistów. Zgodnie ze słowami Władysław Gomułki: „władzy raz zdobytej nie oddamy”.
Bohdan Tomaszewski tak wspominał pierwsze miesiące po zakończeniu działań wojennych: „nigdy nie zapomnę obrazu startego z powierzchni ziemi kraju. Uśpionych ruin, nad którymi krąży wygłodniałe ptactwo pod koniec siarczystej zimy 1945 roku, a potem powracających wiosną ludzi, przypominających ludzkie strzępy. Szli w płaszczach bez guzików, w cienkich półbutach, z wielotygodniowym zarostem, brudni, zawszeni, o skołatanych sercach, ale w duszy niosących płomyk nadziei”.
Słowa te odzwierciedlają dramat powojennego społeczeństwa polskiego. Pomimo tego to właśnie ruch społeczny – zaraz po „wyzwoleniu” był inicjatorem odbudowy struktur sportowych w zniszczonym kraju. Wśród osób zaangażowanych w proces odnowy polskiego sportu znaleźli się przedwojenni działacze sportowi, członkowie organizacji młodzieżowych, dziennikarze oraz sportowcy.
Początkowo odbudowę powojennych struktur wychowania fizycznego w latach 19441946 oparto częściowo o wzory z okresu międzywojennego; często wykorzystywano wówczas w tym celu także działaczy przedwrześniowych. Swoją działalność wznawiały przedwojenne organizacje i stowarzyszenia młodzieżowe, m.in. Związek Polskich Związków Sportowych, Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”, Związek Harcerstwa Polskiego, Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży Męskiej i Żeńskiej oraz Związek Młodzieży Chrześcijańskiej w Polsce. Jednak wraz z umacnianiem się władzy komunistycznej w kraju ruchy te były stopniowo likwidowane lub ich działalność bardzo ograniczano. W pierwszych latach po wojnie liczyły się w zasadzie dwie organizacje młodzieżowe: peperowski Związek Walki Młodych i pepesowska Organizacja Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego.
Lata czterdzieste XX wieku, były dla komunistów okresem przejściowym, zaś głównym ich celem, który chcieli osiągnąć długofalowym procesem było wprowadzenie modelu scentralizowanego zarządzania kulturą fizyczną na wzór sowiecki. Tymczasem w obozie władzy doszło wówczas do sporu o kształt nowych struktur organizacyjnych kultury fizycznej. PPS opowiadał się za zwiększeniem czynnika społecznego w zarządzaniu sportem – oczywiście w ramach socjalistycznej rzeczywistości oraz wyłączeniem kultury fizycznej ze struktur wojskowych, optując za wcieleniem ich do Ministerstwa Zdrowia. Natomiast PPR dążyła do stopniowego przejęcia kontroli nad odradzającą się kulturą fizyczną. Zdaniem Jerzego Gaja:„w interesie PPR było zlecenie opieki nad niezintegrowanym, żywiołowo odradzającym się wychowaniem fizycznym i sportem wojsku, które mogło nadać pożądany kierunek w dalszych przemianach zgodnie z życzeniami PPR”.
Tak też się stało, o czym świadczyć może powołanie w 1946 r. przy Ministerstwie Obrony Narodowej Państwowego Urzędu Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego. Było to wyraźne odwołanie się do modelu zarządzania kulturą fizyczną w latach 1927–39, gdzie również powołany został do życia przy Ministerstwie Spraw Wojskowych PUWF i PW. Przy MSW powołano także, Radę Naukową Wychowania Fizycznego, na czele której stał minister spraw wojskowych (w latach 1927–35 był nim Józef Piłsudski). W kraju zaś utworzono wojewódzkie, powiatowe i miejskie komitety wychowania fizycznego i przysposobienia wojskowego. Schemat organizacyjny zarządzania kulturą fizyczną w okresie międzywojennym także wskazuje na duże zainteresowanie ze strony władz państwowych. Natomiast trzeba wyraźnie podkreślić, że w okresie PRL ingerencja państwa była znacznie większa.
Do podstawowych zadań PUWF i PW w PRL, należało kierowanie i nadzorowanie, poprzez powołane w terenie wojewódzkie, powiatowe i miejskie urzędy wychowania fizycznego i przysposobienia wojskowego, realizacji zadań wynikających z powszechnego obowiązku wychowania fizycznego i przysposobienia wojskowego w kraju. W celu koordynowania działalności urzędu powołano przy nim Państwową Radę Wychowania Fizycznego (w składzie rady zasiadali przedstawiciele m.in. MON i Krajowej Rady Narodowej), która de facto miała największy wpływ na jego działalność.
 Na czele PUWF i PW stanął przedwojenny działacz sportowy Tadeusz Kuchar (członek PPR, następnie PZPR), który swoim nazwiskiem miał promować obraz „demokratycznych zasad” wprowadzanych przez komunistów w ruchu sportowym. W rzeczywistości duży wpływ na kształt nowo powołanego urzędu miał pełnomocnik ministra obrony narodowej do spraw wychowania fizycznego i przysposobienia wojskowego gen. Eugeniusz Kuszko przedwojenny działacz zdelegalizowanej Komunistycznej Partii Polskiej który po odejściu z PUWF i PW został szefem Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego Wojska Polskiego.
Zmiany zachodzące w Polsce w drugiej połowie lat czterdziestych których symbolem stało się odsunięcie od władzy Władysława Gomułki miały także wpływ na model zarządzania kulturą fizyczną w kraju. Właśnie w latach 194756, według Piotra Godlewskiego: „tworzono fundamenty pod nowy, radziecki model kultury fizycznej, a następnie rozwijano go w latach 195056 w ramach obowiązującego marksistowskiego systemu organizacyjnego”.
Zlikwidowano PUWF i PW oraz działający po nim w latach 194748 Główny Urząd Kultury Fizycznej. W ich miejsce powołany został w 1949 r. centralny urząd administracji państwowej działający przy prezesie Rady Ministrów Główny Komitet Kultury Fizycznej wraz z wojewódzkimi, powiatowymi i miejskimi komitetami kultury fizycznej. Zlikwidowano Związek Polskich Związków Sportowych, a także wszystkie związki sportowe, których miejsce zajęły sekcje działające w GKKF reprezentujące zlikwidowane związki. Zdaniem Piotra Godlewskiego: „przenoszone metodą kalki wzory i cały sowiecki system organizacji i zarządzania sportem stanowić miał gwarancję służalczości tej dziedziny życia społecznego w stosunku do partii i ludowego państwa. Za pomocą kierownictwa politycznego partia sterowała bezwzględnie podległą administracją sportu, która roztaczała kontrolę i posiadała decydujący wpływ na podstawowe elementy działalności stowarzyszeń sportowych. Ważnym instrumentem wpływu ideologicznego był stosowany także w innych dziedzinach życia społecznego proces intensywnego upartyjniania”.
Scentralizowanie zarządzania kulturą fizyczną w ramach GKKF wpisywało się w politykę stalinowską w PRL. Zwłaszcza że nadzór nad działalnością komitetu sprawował do 1952 r., oddelegowany z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, b. oficer NKWD, Rosjanin Apolinary Minecki.

środa, 29 maja 2013

Dlaczego Władysław Skonecki zdecydował się na ucieczkę?

Jeden z najwybitniejszych polskich powojennych tenisistów w okresie największego stalinizmu w PRL postanowił kontynuować karierę sportową poza granicami kraju. Dlaczego nie zdecydował się na powrót do ojczyzny po meczu Pucharu Davisa Szwajcaria – Polska w roku 1951? Pytanie te pozostaje nadal otwarte, a my dziś możemy jedynie domyślać się, jakie motywy kierowały wówczas zawodnikiem warszawskiej „Legii”.

Opinia społeczna w PRL była bardzo zaskoczona decyzją tenisisty, szczególnie zaś środowisko sportowe, gdyż zawodnik ten w grudniu 1950 r. – na wniosek CWKS „Legia” – został odznaczony przez władze Głównego Komitetu Kultury Fizycznej tytułem zasłużonego Mistrza Kultury Fizycznej. Był osobą bardzo popularną w kraju, gdyż odnosił wiele sukcesów również na arenie międzynarodowej. Zawdzięczał to przede wszystkim ogromnemu talentowi, który poparty był ciężką pracą wykonywaną podczas codziennych treningów na korcie. Nie można zapominać, że zaliczał się również do grona sportowców, którzy nie mogli narzekać na brak wsparcia ze strony „władzy ludowej”. Ta bowiem, szczególnie opiekowała się zawodnikami, którzy reprezentowali wojskowe kluby sportowe, gdyż ich zwycięstwa w rywalizacji ze sportowcami z Zachodu świetnie nadawały się, aby wykorzystać je w bieżącej polityce propagandowej państwa komunistycznego. Dzięki temu jego kariera nabierała rozpędu.
Wszystko zmieniło się podczas jego pobytu w Zurychu w 1951 r., gdy postanowił nie wracać do kraju z ekipą sportową. Być może decyzję tę podjął dużo wcześniej, a czekał wyłącznie na odpowiednią chwilę. Ta nadarzyła się w Szwajcarii. Przemawiać za tym mogą, krążące w tym czasie w warszawskich kawiarniach, plotki i pogłoski o przyczynach ucieczki Skoneckiego, o czym dyskutowano głównie w środowisku sportowym. Sugerowano, że sportowiec planował ucieczkę od dłuższego czasu, ale na drodze stanął brak odpowiedniej ilości pieniędzy, aby przeżyć pierwszy okres życia na Zachodzie. Stąd miał przekonać małżonkę, aby ta przekazała mu swoje kosztowności na spłatę terminowego długu, który musiał koniecznie spłacić.

Operacja kryptonim „Rakieta”

Być może w krążących plotkach było trochę prawdy, gdyż decyzję swą mógł podjąć w związku z prowadzoną przeciwko niemu przez UB operacją, która rozpoczęła się kilkanaście miesięcy przed jego ucieczką. Historia ta zaczęła się w 1950 r. W dniach 4–16 lipca 1950 r., Skonecki wraz z innymi sportowcami, działaczami i dziennikarzami przebywał na meczu Pucharu Davisa w Bastad w Szwecji, gdzie polska reprezentacja w tych rozgrywkach miała zmierzyć się z drużyną ze Skandynawii. Po powrocie do kraju, UB otrzymała doniesienie agenturalne o kontaktach sportowca z Robertem Sneddonem, byłym pracownikiem Ambasady Wielkiej Brytanii w Warszawie, którego oskarżano o działalność szpiegowską na rzecz brytyjskiego wywiadu. Jego nazwisko pojawiło się w sfingowanym procesie, prowadzonym przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie, przeciwko Władysławowi Śliwińskiemu, którego oskarżono o działalność szpiegowską. „Trybuna Ludu” z 27 lipca 1950 r. donosiła wówczas: „Szajka agentów angielskich uprawiała w Polsce szpiegostwo i przygotowywała akty terrorystyczne. Pierwszy dzień procesu szpiega angielskiego, Śliwińskiego przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie”.
Stąd w UB pojawiło się zainteresowanie Skoneckim. Natychmiast po otrzymaniu wspomnianego doniesienia, rozpoczęto działania operacyjne zakrojone na szeroką skalę, mającą na celu uzyskanie bliższych informacji na temat pobytu Skoneckiego w Szwecji. Ppor. Ryszard Bernhard z Wydziału IV Departamentu V MBP rozpoczął 1 sierpnia 1950 r. „Sprawę Agenturalnego Opracowania o zabarwieniu szpiegowskim pod kryptonimem »Rakieta«”. Zdaniem MBP Sneddon przybył na zawody rozgrywane w miejscowości Bastad specjalnie z Wielkiej Brytanii, aby spotkać się z przebywającymi tam Polakami. Szczególnie dobrze znał Skoneckiego, którego – jak wynika z akt – zaopatrywał w sprzęt sportowy i wspólnie z nim grywał po wojnie na kortach warszawskiej „Legii”. Peerelowskie służby specjalne łączyły fakt przyjazdu Anglika do Szwecji z wcześniejszym pobytem, w dniach 20 marca – 20 kwietnia 1950 r., Skoneckiego w ZSRS. Przypuszczano, że„Charakterystycznym momentem jest fakt, że Skonecki Władysław ze swej strony bardzo pragnął tego wyjazdu [do ZSRS – przyp. A.C.] […]. Biorąc pod uwagę, że przyjazd Roberta Sneddona na zawody do Bastad miał charakter celowy oraz znamiona pracy szpiegowskiej na Polskę”.
Po powrocie z Bastad, z ustaleń UB wynikało, że zawodnik nadal utrzymywał kontakty z osobami z krajów kapitalistycznych, stąd bacznie był obserwowany przez peerelowskie służby specjalne. Te ustaliły, że w tym czasie: „prowadził rubaszny tryb życia, utrzymuje szereg kontaktów z elementem kapitalistycznym. Dnia 12 V 51 r. Skonecki i [Jerzy] Olszowski wyjeżdżają wraz z polską ekipą tenisową do Szwajcarii, celem rozegrania meczu o Puchar Davisa”.
I właśnie w czasie tego wyjazdu sytuacja zawodnika w ramach prowadzonego rozpracowania o krypt. „Rakieta” skomplikowała się, gdyż ten postanowił pozostać poza granicami kraju. Miało to miejsce w Zurichu podczas rozgrywanego meczu Szwajcaria – Polska w Pucharze Davisa. Po zakończeniu zmagań na szwajcarskich kortach, drużyna miała wyjechać na turniej wielkoszlemowy „Roland Garros” do Paryża. Tymczasem kilka dni przed wyjazdem do Francji nadesłano pilny telegram z Warszawy adresowany do przewodniczącego Sekcji Tenisa w GKKF Jerzego Olszowskiego, który opiekował się polskimi zawodnikami w Szwajcarii. Wynikało z niego, że Skonecki zamierza pozostać poza granicami Polski. Nakazano wówczas, aby drużyna w pełnym składzie zamiast do Paryża szybko wróciła do Warszawy.
Skoneckiemu jednak udało się wcześniej zdobyć paszport; miał go otrzymać podczas przyjęcia w polskim konsulacie w Zurichu od kierownika drużyny, Olszowskiego. Następnego dnia nie pojawił się już w hotelu, gdzie zakwaterowana była polska reprezentacja, pozostawił jedynie kartkę z wiadomością dla Olszowskiego, że będzie w dniu odlotu bezpośrednio na lotnisku. Tak się jednak nie stało, a przed odlotem samolotu do Warszawy zadzwonił na lotnisko w Zurychu do kierownika polskiej drużyny, oświadczając, że do Polski nie wraca.
Pozostał za granicą. Brał udział w wielu turniejach tenisowych, odnosząc w nich dużo sukcesów. W międzyczasie UB po trzech latach prowadzania sprawy o krypt. „Rakieta” postanowił zakończyć rozpracowanie poszczególnych osób w tej sprawie, w tym Skoneckiego. W stosunku do niego ustalono, że: „W toku rozpracowania fig[urant] Skonecki Władysław w czasie wyjazdu do Szwajcarii odmówił powrotu do kraju i pozostał za granicą, co w zasadzie potwierdzają jego powiązania z obcym wywiadem”.
Wydaje się, że przyczyną ucieczki Skoneckiego mogło być poczucie osaczania przez peerelowskie służby specjalne; mógł zostać nawet ostrzeżony o tym, że UB interesuje się jego osobą, jeśli oczywiście prawdą okazałaby się informacja, że paszport otrzymał od Olszowskiego, który wcześniej dowiedział się od władz z Warszawy o możliwości ucieczki swojego podpieczonego. Mógł zatem przekazać mu te informacje.
Oczywiście są to hipotezy, a pytania pozostają nadal bez odpowiedzi. Warto dodać, że w ramach rozpracowania o krypt. „Rakieta” nie udało się UB znaleźć dowodów potwierdzających powiązania Skoneckiego z brytyjskim wywiadem. Jedyną przesłanką, aby uznać go winnym współpracy z obcym wywiadem była jego ucieczka.
Niedługo trwał jego pobyt na emigracji. Postanowił na fali październikowej „odwilży” w 1956 r. powrócić do ojczyzny, unikając procesu i więzienia, lecz musiał publicznie skrytykować własne postępowanie. Dzięki temu mógł kontynuować karierę sportową jako zawodnik, a następnie trener, pracując na Zachodzie. Zmarł w Austrii w 1983 r., gdzie został też pochowany na cmentarzu w Wiedniu. Andrzej Fonfara wspominał, że „pogrzeb odbył się na koszt miasta, a władze Wiednia następnie domagały się zwrotu 500 dolarów od rodziny sportowca mieszkającej w Polsce”.

czwartek, 23 maja 2013

Następstwa słynnego „gestu Kozakiewicza”

Oceniając słynny „gest Kozakiewicza” z perspektywy lat, wydaje się, że był to raczej wyraz niezadowolenia tyczkarza wobec nagannego zachowania publiczności podczas zawodów niż zaplanowana demonstracja polityczna sportowca, wymierzona w reżim komunistyczny.

Kibice zachowywali się skandalicznie. Nie było końca krzykom i gwizdom, gdy na płycie stadionu pojawił się polski lekkoatleta. Bohdan Tomaszewski wspomina te chwile, z dużą nutą niezadowolenia, ze względu na brak właściwego dopingu, który powinien być prowadzony przede wszystkim w duchu fair play: „gwizdali, gdy gotował się do skoku, a kiedy już biegł, przez trybuny szedł nieprzyjazny pomruk. Nie przeszkadzało mu to, wręcz przeciwnie – potęgowało wiarę i budziło dodatkową energię, by zrobić na przekór. Kiedy pokonał rywali, pobił rekord świata i zwyciężył nieprzyjazną widownię, wówczas wykonał pamiętny »Gest Kozakiewicza«”.Trzeba przyznać, że wydarzenie te było bezprecedensowe w historii polskiego sportu; zignorowane zostało oczywiście przez krajową prasę, która donosiła wówczas o heroicznej postawie sportowców podczas zawodów:„trwający cztery godziny tyczkarski show, którego głównymi aktorami byli trzej polscy zawodnicy i reprezentant ZSRR Konstantin Wołkow, na długo zostanie w pamięci nie tylko Polaków. Było to chyba najpiękniejsze widowisko w dotychczasowych zawodach we wszystkich dyscyplinach na XXII Igrzyskach Olimpijskich”, – czytaliśmy na łamach „Przeglądu Sportowego”. W podobny sposób zareagował „Żołnierz Wolności”, który również umieścił relację z tego konkursu: „Polacy skakali jak z katapulty. Złoty rekord świata Władysława Kozakiewicza”. Natomiast „Trybuna Ludu” informowała, że Kozakiewicz: „z radości pokłonił się trybunom nisko do ziemi”.
W innym artykule poświęconym temu zwycięstwu zatytułowanym „Widziane z kraju” autor zwracał uwagę na styl, w jakim Kozakiewicz zwyciężył oraz na emocje, które towarzyszyły wtedy sportowcom oraz kibicom: „umiemy patrzeć na sport, potrafimy go odbierać z rozwagą, oceniać spokojnie wydarzenia. Ale niech tylko któryś z naszych zawodników […] sięgnie po złoto i zrobi to tak elegancko i tak wspaniale – jak to zrobił Kozakiewicz – nie wytrzymujemy i dajemy pełny upust, tylko nam Polakom znanemu, temperamentu. Oj, przeżyliśmy ten skok, przeżyliśmy”.
Sam Kozakiewicz tuż po zawodach był zaskoczony swym ogromnym sukcesem: „Jeszcze nie wiem dlaczego dzisiaj skakałem aż tak wysoko. Pewne są trzy rzeczy: po pierwsze byłem w dobrej formie, po drugie zupełnie nie odczuwałem zdenerwowania i po trzecie ogromnie chciałem wygrać”.
Złość płynąca z trybun była tak duża, ponieważ nasz sportowiec pokonał reprezentanta ZSRS, Konstantina Wołkowa. Zawodnik gospodarzy walczył dzielnie do końca, jednak przegrał – taki jest sport. Tymczasem sowieccy kibice przyjęli jego porażkę z ogromnym niezadowoleniem, wyrażając swoje rozczarowanie wobec niego, tuż po zawodach. Pierwszym z nich okazał się kierowca autokaru, który w tym dniu miał zabrać sportowców, dziennikarzy i działaczy ze stadionu Łużniki. Jednym z pasażerów był Bohdan Tomaszewski, który następnie historię tę przelał na papier. Opisywał, że autokar zapełniał się stopniowo, gdyż pasażerowie powoli wracali z olimpijskiej areny, kierowca zaś cierpliwie czekał aż będzie komplet. Siedzenia w końcu zapełniły się, kierowca mógł uruchomić silnik i ruszyć do hotelu. Tymczasem na drodze pozostała jeszcze jeden osoba, dla której nie było już miejsca w autokarze. Był nią młody chłopaka w czerwonym dresie, który mokry i zmarznięty stał przed drzwiami autokaru, licząc, że wsiądzie. Kierowca jednak odjechał, pozostawiając go za drzwiami. Po chwili, gdy autobus ruszył, Tomaszewski rozpoznał w nim sportowca, który walczył nie tak dawno z Kozakiewiczem – to był Konstantin Wołkow, zdobywca srebrnego medalu olimpijskiego. Sprawozdawca „Polskiego Radio” zanotował po latach: „Autokar rusza. W ciemnościach i strugach deszczu widzę smutną twarz olimpijczyka. Coraz mniejsza sylwetka gaśnie w mroku. Jedno z najsmutniejszych wspomnień z tych Igrzysk. Srebrny medal – wielka rzecz! Srebrny, ale nie złoty. W drodze do hotelu zapytałem kierowcę, dlaczego nie zabrał Wołkowa. Spojrzał na mnie filozoficznie, wzruszył ramionami i rzucił krótko: »przecież przegrał«”.
Po powrocie do kraju z polskimi medalistami spotkał się Prezes Rady Ministrów PRL Edward Babiuch; mówił wówczas: „każdy z was – stwierdził premier, zwracając się do Olimpijczyków – ma powody do wielkiej satysfakcji. Zdobyliście sympatię milionów kibiców w kraju i na całym świecie”. Po latach Kozakiewicza tak wspominał te spotkanie: „Stoimy w szeregu, najpierw złoci medaliści, potem srebrni i tak dalej. Wchodzi Babiuch, ubrany normalnie: garnitur, krawat, ale spoglądamy w dół, a on ma na nogach adidasy. W ten sposób zaznaczył, że idzie na spotkanie ze sportowcami […]. Nagle rozsunęły się drewniane ściany, a za nimi ukazały się zastawione stoły po brzegi: kawior, kabanosy, artykuły wtedy w Polsce niedostępne […]; Jacek Wszoła pakuje kabanosy do kieszeni marynarki. Zobaczył to Babiuch, podchodzi i mówi – »Panie Jacku, nie trzeba, starczy dla wszystkich«. A Jacek na to – »Moja żona została na dole i chciałem jej pokazać, bo dawno kabanosa nie widziała«”.
Kilka dni później w siedzibie Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie odbyła się uroczystość wręczenia olimpijczykom wysokich odznaczeń państwowych. Z ramienia PZPR w imprezie tej udział wzięli zastępca członka Biura Politycznego KC PZPR, sekretarz KC Zdzisław Żandarowski oraz kierownik Wydziału Organizacji Społecznych Sportu i Turystyki KC PZPR Ryszard Bryk. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski odznaczony został Kozakiewicz.
Nagrody i wyróżnienia, które spotkały sportowca w kraju po olimpijskim sukcesie były szeroko komentowane w prasie i telewizji. Gratulacji nie było końca. Tymczasem media nie nagłaśniały faktu, kiedy to ambasador ZSRS w Warszawie Boris Aristow wystąpił do polskich władz o odebranie złotego medalu Kozakiewiczowi za jego zachowanie podczas moskiewskich igrzysk. Wystarczyły jednak zapewnienia polskich władz sportowych, że pamiętny gest był wynikiem… bólu ręki, o czym wspominał sam zainteresowany: „Marian Renke wyjaśnił, że bolała mnie ręka i kurczyłem ją z bólu”.
W 1985 r. mistrz olimpijski z Moskwy Władysław Kozakiewicz zdecydował się wraz z rodziną opuścić kraj i udał się na emigrację do zachodnich Niemiec, gdzie otrzymał obywatelstwo. Decyzję tę komentował B. Tomaszewski: „szkoda, że […] mistrz z Moskwy tak ułożył swoje losy; wylądował w RFN, startował w niemieckich barwach. Ale jakże zapomnieć to, czego dokonał w Moskwie?”

wtorek, 21 maja 2013

Gerard Cieślik w aktach IPN

Piłkarski geniusz na stadionie śląskim dwukrotnie pokonał Lwa Jaszyna w zwycięskim pojedynku Polska – ZSRS w 1957 r. Doskonale pamięta o tym każdy kibic piłkarski nad Wisłą. Tymczasem dziesięć lat wcześniej miało dojść do wydarzenia, o którym nie wszyscy wiedzą…

W czasie wojny Gerard Cieślik kontynuował piłkarską karierę w niemieckim klubie, zresztą jak wielu zawodników pochodzących ze Śląska. Po klęsce Hitlera, na długie lata związał się z Ruchem Chorzów, odnosząc z nim wiele sukcesów, także indywidualnych. Dzięki udanym występom w klubie, na stałe zagościł w reprezentacji Polski. Jego kariera nabierała tempa.
W międzyczasie niestety pojawiły się problemy dalekie od sportowej rywalizacji. Piłkarzem zainteresował się miejscowy Urząd Bezpieczeństwa, który poszukiwał odpowiedniego kandydata na wtyczkę w chorzowskim Ruchu, gdyż nie posiadał w klubie aktywnej agentury: „do obecnej chwili [1950 r. – przyp. A.C.] na obiekcie sportu nie posiadamy żadnej agentury koniecznej do opracowania wrogich elementów”. „Władza ludowa” z obawami i niepokojem przyglądała się pracy w klubie działaczom sportowym z przedwojenną przeszłością. Zostali oni wykorzystani przez komunistów w pierwszych latach po wojnie do odbudowy struktur zniszczonego sportu w kraju i stopniowo odsuwani byli z pełnionych funkcji. Dotyczyło to działaczy, którzy nie zgadzali się z wprowadzanym przez komunistów modelem zarządzania sportem w kraju. Stąd starano się gromadzić na ich temat wszelki dane, które można byłoby wykorzystać przeciwko nim w przyszłości. Kluczem do powodzenia operacji miało być pozyskanie wiarygodnego agenta, który przekazywałby doniesienia na ich temat.
Historia ta miała wydarzyć się pod koniec lat 40. XX w. Wybór padł na Cieślika, ponieważ z ustaleń UB wynikało, że „kandydat jest wysoko cenionym graczem sekcji piłki nożnej, przez wrogi element obecnych przemian, przez co może być również cenionym informatorem, celem wykrycia i zlikwidowania tych wrogich elementów, które by w przyszłości mogły szkodzić rozwijającemu się [polskiemu sportowi – przyp. A.C.]”. W dodatku w przeszłości – jak wynika z akt – miał być zwerbowany do współpracy z UB przez Zbigniewa Kaczmarka, na podstawie materiałów kompromitujących, które pochodziły z czasów okupacji niemieckiej. Zanim miało do tego dojść, piłkarz został przesłuchany przez oficera śledczego miejskiego UBP w Chorzowie 25 lutego 1947 r.; tłumaczył się wówczas ze swojej wojennej przeszłości, szczególnie z gry w niemieckim klubie.
Zaledwie kilka dni później, tj. 3 marca miał podpisać zobowiązanie do współpracy z aparatem represji, gdzie miał zadeklarować, że doniesienia swoje będzie składał zarówno w formie pisemnej, jak i ustnej, podpisując je pseudonimem „Wolny”. Prawdopodobnie podczas tego spotkania został również uprzedzony o grożącej mu odpowiedzialności karnej, jeśli przekazywałby fałszywe informacje. Trudno nie łączyć przesłuchanie piłkarza z wydarzeniami, które miały miejsce kilka dni później.
Od tego zdarzenia minęły prawie trzy lata, gdy ponownie chorzowskim piłkarzem zainteresowały się komunistyczne służby specjalne, które podkreślały wówczas w aktach, że nie posiadają aktywnej agentury w klubie Ruch Chorzów. Z tego wynika, że piłkarz  nie spełniał oczekiwań UB. Pomimo tego znalazł się ponownie w orbicie zainteresowania aparatu represji. Czy tym razem UB mógł na niego liczyć? Szczególnie – jak wynika z akt – że w ostatnich trzech latach nie palił się do współpracy, wręcz odwrotnie miał stronić od spotkań z pracownikami UB. Tymczasem z dokumentów wynika, że ponownie nawiązano z nim kontakt 12 stycznia 1950 r. I tym razem bez spodziewanego rezultatu. Po niespełna roku władza straciła cierpliwość do piłkarza. Zapadał decyzja o wyeliminowaniu z sieci agenturalnej informatora o pseudonimie „Wolny”. Przyczyna była prosta: unikanie przez agenta spotkań z pracownikiem UB „w czasie jego współpracy z organami UB, nie uzyskaliśmy żadnych doniesień, a ograniczał się tylko do informowania nas o rzeczach błahych, które nie przedstawiały żadnej wartości. Wobec powyższego proszę o wyeliminowanie go z sieci inf[ormacyjno] agenturalnej, gdyż nie przedstawia żadnej wartości, a pozostanie na kontakcie luźnym”. Podpisano 29 grudnia 1950 r.

czwartek, 16 maja 2013

Operacja kryptonim „Moskwa '80”

Zanim rozpoczęły się zmagania sportowców na olimpijskich arenach w ZSRS, w Warszawie opracowano plan „zabezpieczenia” moskiewskiej olimpiady, zgodnie z wytycznymi Kremla.

Władza PRL bardzo starannie przygotowywała się do tego wydarzenia, zarówno w wymiarze propagandowym, jak i sportowym. Przygotowania ruszyły już po zakończeniu IO w Montrealu w 1976 r. Na zebraniach partyjnych podkreślano, że „sukcesy mistrzów rozbudzają wyobraźnię młodzieży, zachęcają do naśladownictwa. Wielkie imprezy sportowe dzięki ogromnej atrakcyjności budzą żywe zainteresowanie milionów ludzi, którzy utożsamiają się z reprezentantami, są z nich dumni […]. W 1980 roku widownią tej największej w świecie imprezy będzie Moskwa […]. Przygotowania do Olimpiady powinny w zasadniczym stopniu zwiększyć tempo rozwoju sportu w Polsce, a sam występ w stolicy Kraju Rad – służyć dalszemu pogłębieniu braterstwa polsko-radzieckiego i przyjaznej współpracy polskiej młodzieży z młodzieżą wszystkich państw biorących udział w Igrzyskach”. Działania te nasiliły się szczególnie w roku olimpijskim, kiedy zwiększyła się aktywność władz promujących zbliżającą się Olimpiadę.
Tymczasem w tle pojawiły się działania władzy, która w zaciszu gabinetów komunistycznych dygnitarzy podejmowała decyzję w sprawie przygotowań do „zabezpieczenie” IO w Moskwie. Oczywiście poprzedzone było to szeregiem spotkań z przedstawicielami Kremla. To bowiem organizatorzy igrzysk mieli być beneficjentami sprawnie wykonanego zadania, nałożonego na peerelowskie służby. Obawiano się, że kryzys w stosunkach międzynarodowych, po inwazji wojsk sowieckich na Afganistan w 1979 r., wpłynie negatywnie na przebieg imprezy, którą przecież ostatecznie zbojkotowały 63 Narodowe Komitety Olimpijskie. W wyniku tych konsultacji w dniu 17 kwietnia 1980 r., ówczesny minister spraw wewnętrznych PRL gen. bryg. Stanisław Kowalczyk podjął decyzję w sprawie „zabezpieczenia” IO w Moskwie, a operacji nadano kryptonim „Moskwa ’80”, celem której był m.in. odpowiedni dobór osób udających się do ZSRS, próba kontrolowania uczestników IO, czyli zadania mające na celu przede wszystkim nie dopuszczenie do sytuacji sprzyjającej podjęciu działalności „antypaństwowej”, wznoszenia haseł antykomunistycznych na olimpijskich arenach, ale także przemytu wydawnictw i ulotek o podobnej treści.
W ramach tej operacji zaangażowano znaczne siły: oddelegowano 228 funkcjonariuszy MSW oraz zaktywizowano 954 tajnych współpracowników. W dodatku na Olimpiadę wysłano specjalną 23-osobową grupę operacyjną pracowników aparatu represji, aby ta „pilnowała” na miejscu sportowców, dziennikarzy i turystów udających się z Polski, oraz koordynowała wszelkie inne działania w stolicy ZSRS. I tak w wiosce olimpijskiej wśród polskich sportowców zakwaterowani zostali jako „działacze sportowi” płk Andrzej Kwiatkowski i ppłk Stanisław Chrapkowski ze SB. Także grupy turystyczne – których skład osobowy był starannie dobrany przed wyjazdem – były pieczołowicie pilnowane przez „opiekunów” ze SB, którzy pod odpowiednią „legendą” umieszczeni zostali wśród kibiców, kontrolując ich aż do powrotu do kraju.
Jeden z funkcjonariuszy SB po powrocie zameldował przełożonemu: „Żadnych wrogich akcentów nie stwierdziłem przez cały czas pobytu w Moskwie. Uczestnicy wycieczki przeważnie kierowani byli przez zakłady pracy, a byli to ludzie, którzy w miejscu pracy zasłużyli sobie na to”. Oczywiście zdarzały się wyjątki. I tak podczas meczu piłkarskiego ZSRS – Wenezuela dwaj polscy turyści pod wpływem alkoholu – zdaniem SB – demonstracyjnie dopingowali zespół z Ameryki Południowej oraz „wymachiwali flagą przeszkadzając innym. Służba porządkowa mimo próśb nie interweniowała”.
Przed wyjazdem pracownicy SB otrzymali wytyczne, których mieli przestrzegać podczas pobytu w Moskwie. Przepisy resortowe nakazywały, aby funkcjonariusze resortu spraw wewnętrznych PRL nie zabierali ze sobą legitymacji służbowych, aby uniknąć dekonspiracji. Zobowiązani byli również, do zdeponowania broni na przejściach granicznych w czasie podróży do ZSRS, gdyż nakazywało tak prawo sowieckie. W przypadku „niewłaściwych” zachowań rodaków przebywających w ZSRS, esbecy mieli nie interweniować, lecz zgłaszać to „kierownictwu grupy, które powinno podjąć stosowne przeciwdziałania oraz grupie operacyjnej MSW przebywającej w tym czasie w Moskwie [23 pracowników operacyjnych SB – przyp. A.C.]”.
Nakazywano także, aby esbecy pozostawali w stałym kontakcie z grupą operacyjną MSW, od której będą otrzymywać odpowiednie instrukcje. Zwracano uwagę na wykorzystanie osobowych źródeł informacji w grupach turystycznych; osobom tym należało przekazać numery telefonów, aby informowały na bieżąco grupę operacyjną MSW o występujących zagrożeniach: „po połączeniu telefonicznym źródło powinno prosić o rozmowę z Janem Wolskim, a następnie, przed przekazaniem informacji, podać, że dzwoni »Artur«, wymieniając województwo, z którego przyjechał i numer grupy turystycznej”.

Ulotki

Jedną z formą wyrażania społecznego niezadowolenia wobec moskiewskich igrzysk, był kolportaż ulotek propagujących bojkot Olimpiady. Najbardziej popularnym projektem ulotki było zestawienie na plakacie Igrzysk z Berlina 1936 r. z Olimpiadą w Moskwie, które oddzielał czołg z sześcioma lufami, które nawiązywały do kół olimpijskich. Każdy przejaw takiej działalności znajdował się w orbicie zainteresowania bezpieki. W lipcu 1980 r., mjr Stanisław Krystka, pełniąc służbę w Piastowie, spostrzegł taki plakat naklejony na słupie, o czym informował swojego przełożonego: „W dniu dzisiejszym tj. 14 lipca 1980 r. o godz[inie] 7 min[ut] 15 w Piastowie […] na słupie na wysokości 180 cm zauważyłem plakat formatu A4 przedstawiający wizerunek czołgu, kół olimpijskich i asymetryczną gwiazdę. U góry napis »Berlin 1936«, u dołu »Moskwa ’80«. Stwierdziwszy, że w całości zawiera wrogie elementy antysocjalistyczne i antyolimpijskie oderwałem go ze słupa i załączyłem do niniejszej notatki […]”; notatka następnie została przekazana do Departamentu III MSW. Jak wynika z doniesienia TW „Lotos” z 14 lipca 1980 r., ulotka ta mogła pochodzić od Józef Ruszara, który zajmował się kolportażem plakatów w Warszawie oraz w najbliższej okolicy. TW „Lotos” donosił, że „w trakcie rozmowy J. Ruszar pokazał nam plik »ok. 50–80« plakatów występujących w swej treści p[rzeciw]ko Olimpiadzie Moskwa 80 […]. Ruszar stwierdził, że plakaty te drukuje KSS KOR i działacze opozycji będą rozlepiali je przez cały czas trwania Olimpiady moskiewskiej. Ruszar stwierdził, że każdy powinien rozlepić chociaż jeden plakat – »jest to patriotyczny obowiązek każdego Polaka, by występować przeciwko bolszewikom«”.
Zdaniem SB właśnie w taką działalność zaangażowany był jeden z założycieli krakowskiego SKS Bronisław Wildstein, który miał być odpowiedzialny za dostarczenie „wrogich” plakatów do Krakowa. Sam po latach z trudem przypomina sobie te wydarzenia: „ulotki antyolimpijskie dostałem we Wrocławiu od Aleksandra Gleichgwichta. Jakoś je rozkolportowałem w Krakowie, ale nie za bardzo pamiętam jak. Tyle się ulotek wtedy rozdawało…”
Niestety z dokumentów MSW PRL wynika, że ogromne zaangażowanie funkcjonariuszy w zabezpieczenie moskiewskich igrzysk przyniosło spodziewany rezultat. Po zakończeniu operacji podkreślano, że zarówno w kraju, jak i w postawach obywateli polskich na terenie ZSRS nie odnotowano znaczących działań o charakterze „antypaństwowym”. Jedną z przyczyn powodzenia operacji był fakt, że „podczas trwania olimpiady wyeliminowano ze składów wycieczek turystycznych niewielką liczbę osób, które swą postawą polityczną […] mogłyby zakłócić atmosferę igrzysk. Uniemożliwiono szerszy kolportaż plakatów antyolimpijskich, prowadzony z inspiracji KSS KOR – kwestionując kilkadziesiąt egzemplarzy w[yżej] wymienionych plakatów w różnych ośrodkach na terenie kraju”.
W ramach operacji „Moskwa ’80” zaangażowano dużą liczbę funkcjonariuszy MSW oraz osobowych źródeł informacji, co z pewnością było jednym z kluczy do powodzenia tej operacji. Dużą rolę odegrały także środki masowego przekazu oraz wiele innych instytucji zaangażowanych w działalność propagandową zgodnie z wytycznymi Partii. Niewątpliwie na przebieg operacji miała wpływ także sytuacja wewnętrzna w PRL, gdzie coraz liczniejsze manifestacje organizowane wobec kryzysu gospodarczego w kraju angażowały liczne rzesze działaczy opozycyjnych, co powodowało, że moskiewskie igrzyska zeszły na dalszy plan wobec kryzysu gospodarczego oraz politycznego w PRL.